Skip to content

szukałam ciebie

szukałam ciebie po lasach po górach po rzekach i po oceanach dalekich po wodach ich głębokich wśród fal co jak pradawny drwal wycinaly oczy moje niebieskie szumiące tęsknotą obolałe szukałam ciebie tak bardzo jak się prosi o chleb dla dzieci wygłodniałych dla domów spustoszonych dla rąk spętanych i serc połamanych szukałam ciebie prosto i serdecznie tak ogniem płonącym wysoko krzyżem milczącym szeroko chodziłam jak pijany wiatr tak ja chodziłam od jednego dnia do drugiego dnia drzwi otwierałam i przechodziłam w korowodach słów zaczarowanych w karawanach spojrzeń zaklętych tak szukałam ciebie i tak bardzo czekałam na ciebie jak inni czekają  na ślub albo jak podnoszą kwiat omdlały a on ożywa w dzbanie na stole stojącym w słońce patrzącym w dzbanie dżwięczącym krysztale

Advertisements

te anioły

one były ze mna
te anioły
przez cały ten czas
uciekinier z ciemnego zakamarka strychutrinity (2)
co tak wspinał się
po omdlałej pajęczynie strachu
lecz te anioły
one stały tam co krok mój każdy chwiejny
one stały tam
jak cudne mosty wiszące
na żółtych wstęgach
dobrocią utkane – uśmiechnięte
jak mosty
tak one mnie niosły 
te anioły
i tak mnie przeniosły na drugą stronę
na ramionach swoich mocnych
tak one mnie niosły
w pociechach oczu brązowych
i twarzy ciepłych jak spokojne bramy
wśród okrutnie syczących słów
i pochlipywań  z gorzkich herbat
tak niosły mnie one
te anioły
na nowy brzeg pachnącego wiatrem czasu
z cynamonu i muszkatu
na moje usta spragnione
tak kładły ich słodką woń
a na moje serce wyschnięte
bukiety z kwiatów amarantu

starsza pani

starsza pani
i tak jej się śni
czerwone róże
wielkie podróże
malwy przy płocie
i ty
w kapeluszu jak w mundurze
wojsk austriackich
co też walczyły pod Waterloo
i twoje wszystkie samochody
jak elektryczne ptaki
rozedrgane i rozćwierkane
na telefonicznym drucie
w Herstmonceux
 
dzień jak firanka w oknie zgasł
i już tylko pomarańczowe słońce stoi
w objęciu studni
zaraz przyjdą wszyscy bohaterowie
i wtedy już na pewno
otworzę czas
jak otwierają drzwi do kościoła
dla wszystkich co chcą tam wejść
wejdźmy więc razem
ty i ja
i te nasze wszystkie armie zbrojne
żeby się dokonało
to co jeszcze nie jest
a już trwa
 
 
 

kokarda

daj mi kokardę w dłoni ciepłej
czerwoną wstążkę życia
a będę patrzeć umiejętnie
jak ptak w sile odbicia
przefrunę mury
wzlecę nad chmury
powrócę czystym natchnieniem
na wieczną miłość
na wielkie drzewo
i tajemnicę o świcie

deszcz

czas na deszcz
może właśnie jesienny
muzyką sfer zamglony
późny deszcz
na łagodności kształów
kopuł i spiczastych dachów
padający czarem
lub cieniem srebrnym
nowego czasu
spoza horyzontu znaku
spoza ludzkiego zapału
czy uporu
deszcz który przychodzi sam
na sam
z moją twarzą

kołysz mnie

kołysz mnie – ukołysz
w tulipanach twoich rąk
w zieleni łodyg wilgotnych od łez
gdzie serce jak mały ptak i głębokie
jest
w kalejdoskopie barw smaków i czuć
ty jesteś wiosną
która miała przyjść
jesteś – nie – stąd
ty kładziesz na mnie szale twoich ciepłych słów
dwoje oczu obmytych w wodospadach rzek dobrych
i dalekich mórz
 
więc ukołysz mnie prosto tak i  cicho
jak  gdyby to kot
wyszedł na spotkanie księżyca
w środku bezpiecznej nocy
i pił twój czar rozlany
po strumieniu gwiazd
aksamit twoich ust
srebro warg
chcę usnąć już
zatrzymać czas
trwać

ONA PONOWNIE

ona
przychodzi znienacka
jak trzy anioly
lub
trzy pioruny wiatru
zastygłe w odlanym szkle
ich włosy jak koła ciszy
mieniące sią  i drżące
ulatujące na powietrza – przestworza
w ramiona cudu
 
ona
zagląda w oczy do dna
i widzi wszystkie tajemnice
czasu
woła cię po imieniu
w twoich oczach wilgotnych
jak w zaczarowanych jeziorach
strachu
głęboko w tatarakach słów
w szumie dni i chwil
wyjdź